Bogowie

bogowieNagroda na tegorocznym festiwalu w Gdyni zobowiązuje, więc postanowiłem obejrzeć film Łukasza Palkowskiego, który w luźny sposób opowiada o pierwszym udanym przeszczepie serca profesora Zbigniewa Religi. Niestety mam wrażenie, że film zbyt luźno opowiada tę historię i na główną nagrodę w Gdyni specjalnie nie zasłużył.

Zastanawiałem się ostatnio, co odróżnia kino mainstreamowe, popularne, obliczone na zapełnianie sal kinowych od kina autorskiego. Czy jest to podejmowana problematyka? Czy może ów artystyczny sznyt, który tak często bywa obśmiewany? A może po prostu coś, co się czuje, a co nie do końca da się opisać? Każdy znajdzie zapewne swoją definicję. Według mnie chodzi tu o sposób pokazywania problemów. Życie jest plątaniną zależności, gęstą pajęczyną, która powoduje, że na przykład konflikt z bliskimi nie jest tylko „obrażeniem się” syna na ojca, ale u jego podłoża leży głęboka psychologiczna mieszanina emocjonalno-uczuciowa. Kino popularne tę skomplikowaną pajęczynę upraszcza do kilku splotów. Pokazuje relacje w sposób silnie spolaryzowany i odwołuje się do jakiegoś rodzaju common sense, a więc tego, co podświadomie rozumiemy wszyscy, do stereotypów. Syn wychowywał się bez ojca i dlatego w dorosłym życiu ma trudności z nawiązaniem i utrzymaniem relacji z kobietami – w kinie popularnym będzie to proste, stereotypowe skojarzenie i wniosek. W kinie autorskim reżyser raczej zabierze nas na wycieczkę po tej plątaninie zależności, skupi się na pokazywaniu widzowi jak skomplikowane potrafi być życie i jak łatwo o tym zapominamy przyklejając generalizujące łatki.

Ten wstęp jest mi potrzebny, bo w mediach mówi się o wielkich narodzinach kina gatunkowego w Polsce. A więc kina, w którym przede wszystkim ważny jest warsztat twórczy. Coś czego przez długie lata nam brakowało. Nawet w najlepszych filmach zdarzały się nieudane technicznie ujęcia, tu coś poszło nie tak z dźwiękiem itd. Filmy popularne, mainstreamowe raziły nieudolnością scenariuszową, niewiarygodnością postaci i przede wszystkim drętwotą. Tymczasem od pewnego czasu ta sytuacja się zmienia, powstają dobre filmy warsztatowe, które nie aspirują do miana arcydzieł kinematografii tworzonych przez namaszczonych boskim palcem twórców-artystów.

Bogowie Palkowskiego to właśnie przykład solidnego kina gatunkowego, w którym najważniejszy jest warsztat. Film jest świetnie, wartko opowiedziany. Dialogi błyszczą, a gra aktorska nie kuje w oczy. Problem jednak w tym, że kompletnie nic nie mówi o Relidze, ponad stek banałów. Pracoholik, który poświęca życie rodzinne na rzecz pracy, nerwus, chimeryk, owładnięty chęcią spełnienia własnych ambicji – nie chodzi bynajmniej o kwestionowanie, czy tego rodzaju obraz jest prawdziwy czy nie – być może Religa właśnie taki był, ale boli, że to wszystko pokazane jest w tak plakatowy, komiksowy sposób. Postacie Religi, jego współpracowników i adwersarzy aż rażą stereotypowością. Jest dobry asystent i zły asystent, jest dobry profesor i zły profesor, jest szlachetny przestępca i zakłamany polityk, jest i władza – no właśnie, wszyscy wiemy jaka ta władza w PRL była, a opisuje ją zasadniczo cytat z Edwarda Gierka: „Pomożecie, towarzysze?”. Niestety każda postać jest do opisania jednym zdaniem w ten mniej więcej sposób. Nie ma w tym filmie osobowości Religi. Jest natomiast mnóstwo puszczania oka do widowni, skrótów myślowych charakterystycznych właśnie dla kina popularnego, tworzonego przede wszystkim, by przypodobać się widowni. Mnie to niestety zmęczyło.

Tak zwane jednolinijkowe, a więc krótkie napisane z biglem dialogi są tu co chwilę, i choć są napisane i zagrane tak, jak być powinny, jest tego stanowczo za dużo. Śmiejąc się momentami do rozpuku zastanawiałem się, czy aby na pewno oglądam film o pierwszym przeszczepie serca, o profesorze Relidze, o trudnościach jakie musiał pokonywać, czy raczej luźną komedię. Niektóre sekwencje, jak odnawianie szpitala, wyglądają jak wyjęte ze studenckiego kina amerykańskiego, w którym banda dzieciaków przy pomocy wiadra farb plakatowych zamienia akademik w wymarzone miejsce. Ktoś powie, tak było, oni tak odnawiali. Jasne, ale mnie sposób pokazania tego na ekranie, przyjęta przez twórców konwencja kompletnie nie przekonuje.

W gruncie rzeczy najbardziej boli mnie jednak uhonorowanie tego filmu w Gdyni. Powtórzę, to dobre kino gatunkowe, popularne. Spływa po widzach, nie pozostawiając w głowie nic, poza stekiem banałów i wniosków tak stereotypowych, jak tylko stereotypowe może być kino gatunkowe. Jednak nagrodzenie filmu w Gdyni, jako najlepszego filmu Polskiego 2014 roku, to moim zdaniem gruba przesada. Zwłaszcza, że w tym samym konkursie obecny był film Jana Komasy Miasto 44. Zapewne jury obawiało się, że nagrodzenie filmu o Powstaniu Warszawskim zostanie odebrane jako zagranie pod publikę i stąd ta irracjonalna decyzja. Być może komu innemu należała się nagroda – widziałem tylko Miasto 44. Niemniej wolałbym, aby takie festiwale jednak promowały ciekawe, autorskie kino, które stawia ważne pytania, nie pozostawia widza obojętnym i jest czymś więcej niż wesołą zabawą w kino gatunkowe. Film Komasy to przykład takiego właśnie kina, ale nie dlatego, że opowiada o Powstaniu Warszawskim, ale dlatego, w jaki sposób to opowiada. Nagrodzić Bogów można było w kategoriach warsztatowych, ale nie w kategorii najlepszego filmu 2014 roku.

Juliusz Konczalski

UWAGA: Zabrania się kopiowania/powielania tekstów, ich fragmentów, artykułów i opisów oraz pozostałych treści zawartych na tej stronie bez zgody autora.

Advertisements

One thought on “Bogowie

  1. Pingback: Fantasmagieria - podcast o grach wideo. » ... » Fantasmagieria - Podcast 301 - “Oniryczna wojna”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s