“Wyjście przez sklep z pamiątkami” – czyli mind the crap

Na jednym ze stopni schodów prowadzących do Tate Britain w Londynie, w której były prezentowane prace tak znakomitych artystów jak William Turner, Francis Bacon czy William Blake, artysta graffiti ukrywający się pod pseudonimem Banksy w roku 2002 wykonał prowokacyjny napis – „Mind the crap”. W wolnym tłumaczeniu można by powiedzieć – „Uważaj na gnioty”. Następnie już w samej galerii Tate rozmieścił uprzednio sfabrykowane, zmodyfikowane prace słynnych malarzy, takie jak zwiędłe słoneczniki Van Gogha czy staw z nenufarami Moneta, w którym obok tytułowych lilii wodnych znalazły się także wózki na zakupy z supermarketu. Ten „numer” Banksy powtórzył wielokrotnie także w innych muzeach na całym świecie . Słynną puszkę zupy pomidorowej Campbella Warhola zamienił na puszkę zupy pomidorowej w wersji Tesco i, jak sam pisze – „Po przymocowaniu obrazu [do ściany – przyp. JK] przez pięć minut obserwowałem, co się wydarzy. Morze ludzi przechodziło, zatrzymywało się by obejrzeć, po czym ruszało dalej, wyglądając na zakłopotanych i lekko oszukanych. Czułem się jak najprawdziwszy współczesny artysta.”

W ten oto sposób Banksy pokazał mechanizm funkcjonowania magicznego pudełka, jakim jest galeria sztuki. Wystarczy, że ktokolwiek umieści tam swoją pracę, a odbiorcy od razu patrzą na nią przez pryzmat dzieła sztuki. Sam fakt, że obraz, rzeźba czy każda inna instalacja, znajduje się w galerii, narzuca konkretne zachowanie odbiorców – pochylenie się nad „dziełem” i próbę jego zrozumienia. Pytanie, czy w ogóle mamy do czynienia z artystą i sztuką praktycznie nie istnieje. Miejsce jakim jest galeria od razu podnosi rangę czegokolwiek, co w nim znajdziemy – w galerii sztuki mogą znajdować się tylko dzieła sztuki, a zatem wytwory artystów. Ale czy tak jest na pewno? Swoim filmem Banksy mówi, że niekoniecznie.

Przypomnijmy sobie wątpliwej jakości dzieła, w których często prowokacja autora stanowiła główną ich siłę. Nawet jeśli można było doszukiwać się jakiegoś głębszego sensu, tkwił on w mocnym kontrapunkcie prowokacji. Tak mocnym, że aż budzącym poważne wątpliwości o jakąkolwiek wartość artystyczną dzieła. „Mind the crap” Banksy’ego zwraca uwagę, że w galerii sztuki wcale nie muszą znajdować się tylko dzieła sztuki, o czym często zapominamy. Jego pierwszy film fabularny to w gruncie rzeczy mocniejsze wyrażenie sloganu ze schodów londyńskiej galerii Tate.

„Wyjście przez sklep z pamiątkami” nie jest jednak filmem stricte dokumentalnym tylko o street arcie. Nie traktowałbym go także w kategoriach kina dokumentalnego. Choć wykorzystano autentyczne nagrania street artowców podczas pracy, to jednak filmowi bliżej do paradokumentu, takiego jak chociażby Allenowski „Słodki drań”. „Wyście przez sklep z pamiątkami” jest raczej głosem Banksy’ego w niemej dyskusji na temat kondycji współczesnej sztuki (także filmowej o czym poniżej). Banksy demitologizuje magiczne pudełko i zwraca uwagę, że współczesna sztuka może być dziś wszędzie, ale paradoksalnie najmniej prawdopodobne, że znajdziemy ją w galeriach sztuki. Tam bowiem poczesne miejsce zajęli artyści-hochsztaplerzy, tacy jak główny bohater filmu Thierry Guetta. Zaczynał jako właściciel sklepu z odzieżą typu outlet. Jednak jako, że jego sklep znajdował się w dobrej lokalizacji, w otoczeniu modnych butików, wpadł na pomysł, by źle uszyte ciuchy znanych marek sprzedawać po zawyżonej cenie, jako produkty designerskie. Banksy subtelnie sugeruje, że tym magicznym pudełkiem dla biznesu Thierrego staje się otoczenie modnych butików, które od razu narzuca klientom łatwy do przewidzenia sposób myślenia – to nie mogą być źle uszyte ciuchy, ponieważ nie tylko sprzedawca twierdzi inaczej, ale i sklep jest w dobrej lokalizacji. Podobnie z wstawieniem do galerii sztuki czegokolwiek – tok myślenia jest tu identyczny.

Gdy Thierry w końcu stanie się Mr. Brainwashem i namaszczony przez Banksy’ego przygotuje swoją wystawę „Life is beautiful”, postąpi niemal identycznie jak ze wspomnianymi źle uszytymi ciuchami. Tyle że tymi ostatnimi staną się teraz poprzerabiane dzieła na przykład Warhola – Elvis Presley z karabinem-zabawką, ogromna puszka sprayu wzorowana na wspominanej puszce Campbella, czy wreszcie Papa-Batman. Te wszystkie wątpliwej jakości dziełka, stworzone przez artystę-hochsztaplera, który na dodatek nie potrafi składnie zbudować ani jednego zdania, a jego wypowiedzi często przypominają bez sensowny bełkot, przez fakt umieszczenia ich w galerii zostają wyniesione do rangi dzieł sztuki – nikt ze zwiedzających nie podważa artystycznego „kunsztu” Thierrego. Nikt zdaje się nie widzieć, że przez ingerencję Thierrego stały się właściwie takim artystycznym outletem.

Podobnie rzecz ma się ze współczesną kinematografią. Dzisiejsze filmy zbyt często przypominają mi właśnie takie produkty z outletu, na których zręczny sprzedawca (może sam twórca – może PR-owiec) przytwierdził metkę: produkt designerski. Tą metką może być konkretna scena, uchwycenie jakiegoś tematu albo po prostu wytworzenie specyficznego klimatu, który na ogół kojarzony jest z kinem autorskim. Skojarzenie działa na takiej samej zasadzie, jak uznanie, że coś znajdującego się w galerii sztuki jest sztuką, bo znajduje się w galerii. Jest to więc działanie mimowolne, odruchowe, stanowiące pewnik nad którym przechodzi się do porządku dziennego. Dobrym przykładem będą tu „33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej. Film, w którym „autorskie” chwyty to między innymi – rozedrgana kamera, naturalistyczny seks uprawiany w kuchni, pełne emocjonalnego nerwu sceny rodzinne, skomplikowane ponad miarę relacje między bohaterami czy wreszcie głupkowaty ksiądz, którego widownia kupuje od pierwszej sceny. W rzeczywistości bezładna i mętna narracja, brak jakiejkolwiek spójności, wydumane sceny (winda w szpitalu) – to wszystko tworzy ułudę głębi, stanowiąc kanoniczną wręcz ilustrację Nietzscheańskiej myśli, że „nieszczęściem bystrych i jasnych pisarzy jest, że się ich bierze za płaskich i nie przykłada do nich żadnego mozołu: A szczęściem niejasnych, że czytelnik mozoli się nad nimi i na karb zapisuje przyjemność, którą mu sprawia własna gorliwość.” Docenienie filmu w Locarno, a także pochlebne opinie krytyków i recenzentów, którzy w okrągłych zdaniach pełnych uniwersalnych sloganów o życiu i śmierci starali się przykryć jego mielizny, dla wielu stało się głównym wyznacznikiem wartości filmu. Tylko nieliczni potrafili na stopniach prowadzących do sali kinowej dostrzec ostrzeżenie Banksy’ego – Mind the crap.

Demaskując mechanizm funkcjonowania dzisiejszych artystów-hochsztaplerów, Banksy nie mógł otrzymać Oscara za najlepszy film (bo czyż „Wyjście przez sklep z pamiątkami” nie jest zwyczajnie najlepszym filmem 2010 roku?). Nie mógł, bo Oscar to kwintesencja procederu Thierrego Guetty. Filmowa mizeria, wstawiona do gabloty z nominacjami do Oscara, jest dosłownie przypięciem outletowej produkcji metki designerskiej. Dopatrywaniem się czegoś głębszego, w czymś co jest jedynie mniej lub bardziej świadomym kiczem. I znów przychodzi mi do głowy Fryderyk Nietzsche, który zwykł mawiać, że „u dobrych pisarzy, zdania są poukładane jak krowy na łące”. Jest w ich twórczości pewna harmonia, spokój i porządek. Nie trzeba głowić się i na siłę doszukiwać czegoś, czego tam nie ma. To właśnie odróżnia prawdziwą sztukę od sztuki outletowej. Także tę filmową.

Juliusz Konczalski

UWAGA: Zabrania się kopiowania/powielania tekstów, ich fragmentów, artykułów i opisów oraz pozostałych treści zawartych na tej stronie bez zgody autora.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s